piątek, 9 lipca 2010

O SOKU Z KWIATÓW CZARNEGO BZU I NIEGOTOWANIU ORAZ NIEPIECZENIU

Zdecydowanie jestem z kobiet niegotujących. tzn gotujących, gotujących,  a przez ostatni czas z okazji diety gotujących prawie codziennie, ale moje „gotowanie” ogranicza się do „wrzuć do garnka, posól i poczekaj aż zabulgocze, smacznego i pamiętaj pozmywać bo Luna sięga mordą do zlewu”. Więc gotowaniem, to bym tego może szumnie nie nazywała. Zachęcona poczynaniami osób tysiąc razy zdolniejszych ode mnie w kuchennym temacie (czego im zazdroszczę jak jasna cholera)  postanowiłam pół roku temu, że upiekę chałkę. Szybko przypomniałam sobie, dlaczego pierwszy raz ciasto drożdżowe robiłam w piątej klasie podstawówki i przyrzekłam sobie wtedy, że nigdy więcej. Wyszło coś,  do czego musiałam w akcie desperacji poszukać pasującego przepisu w internecie , żeby jakoś sprzedać to koledze małżonkowi, że niby TAKIE MIAŁO WŁAŚNIE WYJŚĆ (No bo do cholery, jestem kobietą sukcesu czy nie?! Nie miało prawa się nie udać! Tego brakowało, żebym poległa pokonana przez jakieś jajka, piekarnik i drożdże instant!). No i okazało się, że gospodyni domowa wymyśliła już wszystko (najpierw było koło, a potem przepisy w internecie!)  i tak znalazłam ślicznie brzmiącą włoską nazwę, którą jak dla mnie na nasz język ojczysty powinno tłumaczyć się jako „chałka zakalec trochę gumiasta, trochę twarda, mocno przesłodzona”. Ale, że Włosi widać w kuchni są bardziej syntetyczni, mają NA TO jeden wyraz, nawet już nie pamiętam jaki. Tak czy inaczej opchnęłam małżonkowi świństwo mojej piekarniczej produkcji  jako coś tam o wdzięcznej nazwie kończącej się na  „-lonni” albo inne  „-delle”. Kolor się zgadzał, wielkość się zgadzała, składniki mniej więcej też, na smak może spuśćmy zasłonę milczenia. Wojtek musi mnie chyba jednak strasznie kochać, bo udawał że mu smakowało i nawet użył słowa „nowatorskie” ale tutaj nie wiem czy aby na pewno był to komplement… No to mamy jasność. Nie piekę ciast i nie gotuję. Robię natomiast nalewki wszelakie za które powinni mi przyznać Pokojową Nagrodę Nobla, bo już niejedni przy takiej butelce naszej produkcji się pogodzili;) ), robię też wraz z Wojtkiem wino  z różnych dziwnych roślin  (też o niespotykanych właściwościach, ale o tym może innym razem i po 22.00), serum prawdy w wersji płynnej (o właściwościach jak sama nazwa wskazuje) i… sok z kwiatów czarnego bzu  (banalnie, na przeziębienie).  I dziś będzie o tym ostatnim. Postanowiłam pokazać jedynie zdjęcia kwiatów, bo słoiczki z sokiem każdy może sobie wyobrazić: ćwierćlitrowy słoik, biała zakrętka, w środku zawartość w kolorze sików. Niniejszym smacznego:)

Taki koszyczek  kwiatków udało się nam wydrzeć komarom, które nas prawie zeżarły. 


poniedziałek, 5 lipca 2010

środa, 30 czerwca 2010

O TYM, ŻE KOT NA KOLANACH UNIEMOŻLIWIA PISANIE :)(BO JEŚLI NIE WIADOMO CZYJA WINA, TO NA PEWNO WINA KOTA!:) )


Trochę wróciliśmy:) Wiosna minęła nam wyjątkowo szybko... przy trzech psach, pięciu koniach i jednym kocie rozpychającym się na kolanach, trudno znaleźć czas na pisanie. Socjalizacja małej, szkolenia, wystawy...Czekam z niecierpliwością na urlop, bo może wtedy uda się nam nadrobić zaległości przynajmniej fotograficzne:) Dziś na początek tylko dwa zdjęcia, jak to mała Lu (już nie taka mała) zwiedza rzeźbę Igora Mitoraja na krakowskim rynku:)


i jeszcze z "pańcią" :)


Urosło nam "maleństwo", prawda? :)

piątek, 26 lutego 2010

MAŁA LU



Powoli otrząsamy się z zimowego mrozu… i tak pierwsza i najważniejsza sprawa: mała Lu. LU mieszka z nami od początku LUtego, więc czas najwyższy wreszcie ją przedstawić:).

Lunka naprawdę ma na imię Clair De Lune Srdcerváč i przyjechała do nas prawie z Pragi . Śmiejemy się, że jest wilczakiem czesko słowackim dosłownie, bo jej mama jest Czeszką a tata jest Słowakiem. Już prawie nie pamiętaliśmy, jak to jest mieć szczeniaka w domu:) Powoli zapominam, jaki kolor mają podłogi w naszym mieszkaniu (częściowo też na skutek remontu, to prawda, ale nie powiem, żeby maleństwo się nie przyczyniło;) ), ran kłutych i ciętych na ludzkich rękach zliczyć nie sposób. Maluch jest wielkim miłośnikiem literatury. Ma szerokie zainteresowania – od fantastyki, po urbanistykę… ”Miasta Polski w Tysiącleciu” podobają się jej chyba najbardziej. Ma też zapędy edytorskie… kilkukrotnie zrobiła korektę mojego artykułu, moje notatki do doktoratu też bardzo się jej podobają - jak nic zostanie naukowcem. Lu sama także próbowała pisać. Jeszcze za bardzo nie wie, że chodzi o stukanie w klawiszki i póki co rozpoczęła przyjaźń z klawiaturą od napoczęcia kabla. Rozważała też ostatnio całkiem poważnie zawód kominiarza, bo podczas remontu włożyła głowę do nieczynnego wlotu komina, wygrzebując sadzę, roznosząc ją po całym domu. Nie wiem. Może zamiast urbanistyki zajmę się projektowaniem pościeli? Mam już fantastyczny wzór na śnieżnobiały komplet w czarne wilcze łapki:).

Jak mają się natomiast relacje Lu-Fu-Żabka-Lolek the Cat? Lu i Fu dogadały się ekspresowo, czyli Lu pokochała mordowanie Fu, a Fu pokochała mordowanie Lu. Dogadują się idealnie – mordobiciom i rzeziom nie ma końca, no ale… wilczaki okazują sobie uczucia w..DOSYĆ SPECYFICZNY SPOSÓB. Niestety, tak samo te uczucia okazują Żabie i Lolkowi. Lolek odpowiada po kociemu (delikatnie rzecz ujmując), a nawet i sam zaczepia, Żaba natomiast zdecydowanie wielką miłością pokochała swoją panią i nie odstępuje jej na krok ze wzrokiem „A może byśmy tą małą małpę oddali, co? I tą dużą od razu też? Wiesz jak będzie wtedy fajnie? Ty, ja i cała lodówka tylko dla nas!”

Z maluchem jeździmy, zwiedzamy, świat pokazujemy… zaliczyła już obecność na pierwszej wystawie, póki co, jako kompan Furii, ale dziki tłum dotykający, przytulający i tłamszący szczeniaczka nie robi wrażenia, a to najważniejsze:). Zobaczymy, jak będzie dalej z relacjami wilczo-miejsko-ludzkimi:). Jeśli już jesteśmy przy wystawie, to wstyd się nie pochwalić, że na międzynarodówce w Rzeszowie Fu została Najlepszą Suką w Rasie i dostała certyfikaty CWC i CACIBJ. Bardzo ładnie zaprezentowali się razem z Wojtkiem (co prawda Wojtek CACIB- a sobie nie wybiegał, ale obiecałam zrobić medal z ziemniakaJ ) . Zdjęć żadnych nie mamy - trudno jest fotografować ze szczeniakiem na rękach, ale mamy za to zdjęcia domowe:


Ciotka Furia uczy niszczycielstwa: " Dobra młoda. A teraz do domu i to samo z kapciami pana!"


I jeszcze zabawy... Furia:" Ale że co? Że do mnie mówisz? Ale ja jej przecież nic nie robię. Tak sobie trzymam tylko..."


... i to samo w drugą stronę...:)


ZIMA ODESZŁA!


Zima ostatecznie od nas odeszła! Odeszła, ponieważ dzisiaj przyleciały pierwsze szpaki! NORMALNIE pewnie bym się nie zorientowała, gdyby nie to, że bladym świtem wyszłam w piżamie na pole wraz ze szczeniaczkiem, za wielką potrzebą. Nie, nie moją. Szczeniaczkową. Ja nie mam potrzeby wychodzenia na mróz ani rano, ani w środku nocy, ani w ogóle, za to szczeniaczek i owszem...Chociaż nie. Jeśli by się głębiej zastanowić, to raczej moja potrzeba: potrzeba nie wycierania siuśków szczeniaczkowych co rano :). No tak czy inaczej, radośnie dzisiaj rankiem szpaki przyniosły wiosnę oznajmiając ten radosny fakt głośnym świergotaniem! Co prawda kilka dni temu widziałam już skowronka, no ale jeden skowronek - tak jak i jaskółka - wiosny wiadomo co. Stado szpaków natomiast i owszem! Wszyscy ogromnie cieszymy się z takiej sytuacji, z wyjątkiem... Fu. Fu nie cieszy się wcale, ponieważ znowu będzie jej "ZA-CIEPŁO-PAŃCIA-ZRÓB-COŚ-Z-TYM!" . Tu z Fu bardzo się różnimy:mnie za ciepło nie jest nigdy. W razie czego, Fu już teraz na skutek wyższych temperatur oraz szczeniaczkowych ząbeczków pozbyła się futra i wygląda jak oskubek. A takim się było futrzastym wilkiem w ziemie, aż miło popatrzeć ...






poniedziałek, 8 lutego 2010

NIESPODZIANKA:)

Od soboty jest z nami nowy domownik:)Dziś tylko mała zapowiedź maluszka, a w najbliższym czasie, gdy trochę się ogarniemy to przedstawimy bardziej:). Póki co, tylko zdjęcie. Odmeldowuję się, bo w czasie pisania tych słów, mała zdążyła zmienić firanki...czwarty raz w dniu dzisiejszym:) Póki co, tylko zdejmuje, ale z czasem pewnie wieszać też się nauczy;)
Oto i ona:)

piątek, 15 stycznia 2010

POŻEGNANIE BOLKA...

Bolek patrzył na wszystkich zawsze trochę z góry.
Od kilku dni patrzy na nas z góry dosłownie...

sobota, 9 stycznia 2010

KOLĘDNIK

Furia w tym roku pierwszy raz z życiu spotkała kolędników. Kolędowanie tak ogromnie jej się spodobało, że postanowiła dołączyć do dzieci. Obiecaliśmy jej, że jeśli ładnie nauczy się śpiewać i nie będzie myliła tekstu, to w przyszłym roku pozwolimy jej chodzić z kolędnikami.Co więcej, jeśli będzie przez cały rok grzeczna, to zrobimy jej gwiazdkę ze sreberka po czekoladzie na czoło, papierowe skrzydła i może nawet pozwolimy zabrać ze sobą Cekina w roli Turonia! Fu wzięła sobie naszą obietnicę bardzo do swojego burego serduszka i ćwiczy teraz sumiennie co wieczór...z WIELKIM ZAANGAŻOWANIEM I NA CAŁE GARDŁO...


Koty NAGLE doszły do wniosku, że w zasadzie to lubią mróz. Zimowe wieczory są takie piękne, że Bolek i Lolek kompletnie nie odczuwają potrzeby grzania się w domu przy kaloryferze...

sobota, 2 stycznia 2010

"GALEROWE" ZALEGŁOŚCI (BO JEŚLI ZDJĘCIA ŚWIĄTECZNE ZAMIEŚCIMY Z DWUMIESIĘCZNYM OPÓŹNIENIEM, TO JUŻ BĘDZIE WSTYD:) )


A... i jeszcze nadrabiamy zaległości przedświąteczne:) W naszej "galerze fotograficznej" dwa nowe foldery:"Mikołaje, Mikołaje,Renifery,Renifery..." czyli kącik porad z cyklu "jak z konia zrobić Mikołaja/renifera na domowy użytek"



oraz kilka zdjęć z cyklu"zimowe z Furią zabawy" bo dawno wilka tu nie było:)

O TYM, CO SIĘ STAŁO Z MIKOŁAJEM...


Plotka głosi, że nie do każdego przyszedł w tym roku Mikołaj. Jeśli Mikołaj nie przyszedł właśnie do Ciebie, to nie dlatego, że byłeś niegrzeczny! Mikołaj… po prostu poległ upolowany przez wilka. Przypadkiem byliśmy świadkami tego smutnego zdarzenia. Zamieszczamy tylko jedno zdjęcie… później była już tylko krwawa rzeź… Nie liczcie w przyszłym roku na prezenty.

środa, 23 grudnia 2009

wtorek, 15 grudnia 2009

LIST DO MIKOŁAJA

Kochany panie Mikołaju!


Właściwie to nie wiem, co chciałabym, żebyś mi przyniósł na święta, bo ja – jak wiesz - jestem KOMPLETNIE niewymagająca! W ogóle to jesteś cham! Jesteś cham, bo zawęziłeś mi pole poszukiwań, bo skoro prezent
ma być tak mały, żeby zmieścił się w Twoim worku, to ani słonia nie dostanę, ani hipopotama, A-TAK-BARDZO-CHCIAŁAM! Serce mi mówi, że chciałabym dostać małą freteczkę, albo małego szczeniaczka wilczaka. Fretkę w kolorze karmelowym, a wilczaka takiego, żeby jego tatą był boski Eligo, bo ja Eligo kocham od zawsze - jak nie wiesz, który to Eligo, to ja Ci podeślę link. Tylko daj znać, jak nie wiesz! Tak więc serce mi mówi, że chcę karmelową fretkę i wilczaka, ale rozum mi mówi, że fretkę bardziej ode mnie to chcieliby dostać Bolek i Lolek ALE IM FRETKI NIE DAWAJ, BO ONI SIĘ NIE BĘDĄ UMIELI Z NIĄ BAWIĆ I JĄ NIECHCĄCY UDUSZĄ, A JA ZA JEJ ŚMIERĆ NIE MAM ZAMIARU BRAĆ ODPOWIEDZIALNOŚCI, JASNE?! Szczeniaczka natomiast najbardziej chciałaby Furia (co oznajmiła nam radośnie mając cieczkę przez ostatnie tygodnie) ALE nawet o tym nie myśl! Eligo to jej brat, a my, na Boga, nie popieramy takich układów! Mikołaju! Apeluję do Ciebie!

Z rzeczy przyziemnych chciałabym może Angel’a tego co zawsze, bo to jest jednak mój zapach panie Mikołaju i zawsze gdy mam jakiś nowy, to mi trochę brakuje, żeby mieć na zmianę Angel’a. Zapach jest dla mnie, panie Mikołaju jak bielizna-dobrze jest czasem zmienić, czego i Tobie życzę na święta. Jeśli jesteśmy już przy temacie pachnideł, to bardzo bym chciała, żebyś wytłumaczył mojemu mężowi, że nie mówi się „ta perfuma” i to nie jest prośba z mojej strony lecz reklamacja! W końcu przyniosłeś mi Wojtka kilka lat temu na 6-go grudnia, nie!?!
NATOMIAST: gdyby inne Mikołaje pytały o prezent dla mnie, to proszę im powiedzieć, że chciałabym używanego w miękkiej oprawie Władcę Pierścieni. I proszę mi nie mówić, że czytałam go już pięćset razy i znam na pamięć, BO ZAWSZE CZYTAŁAM POŻYCZANEGO, a Ola od której pożyczałam przeprowadziła się do Warszawy (i wcale nie dlatego, że od niej pożyczałam książki!) I MAM TERAZ DALEKO, ŻEBY POŻYCZYĆ! Ale TO jak by te inne Mikołaje po prostu miały problem ze znalezieniem czegoś dla mnie. Jak mają Mikołaje swój pomysł, to bardzo, bardzo się cieszę!
Poza tym, nie chcę nic, bo ja przecież generalnie nie mam nigdy żadnych wymagań, tylko pamiętaj, że jak będziesz tego wilczaka wsadzał do worka TO MU ZRÓB DZIURKĘ, ŻEBY MIAŁ JAK ODDYCHAĆ, BO JA
NIE CHCĘ ZDECHŁEGO!!! I pamiętaj Mikołaju, że wilczak jest jak małe dziecko, to i potrzebuje zabawek! Posłanka mu nie kupuj, bo będzie spał ze mną w łóżku.

Tylko jeszcze nie wiem, jak to powiem mężowi.


W ogóle to bardzo Cię kocham panie Mikołaju, tylko nie mów Wojtkowi bo będzie zazdrosny! Ale naprawdę BARDZO Cię kocham! I WCALE nie za prezenty!


Acha, jesteś wspaniały!

Agusia


PS o tym, ze byłam grzeczna nie piszę, bo ZAWSZE JESTEM! (To tak, na wszelki wypadek, jakby Ci Wojtek powiedział inaczej np.)

PS Furia i Żabeczka nie umieją jeszcze pisać, ale widziałam, jak rysowały listy. Nie dawaj Furusi tej armaty! Moździerza też nie! Żabie nie dawaj granatów! RANY BOSKIE!

PS. Acha, i pamiętaj! ELIGO! Tatusiem szczeniaczka ma być E-L-I-G-O! Żebyś się nie pomylił! Ale naprawdę żebyś się nie pomylił, bo to jest test: jak za X lat dorosnę, mam zamiar poprosić Cię o małe dziecko -POMYŚL TYLKO CO BĘDZIE, JEŚLI SIĘ WTEDY POMYLISZ!!!

poniedziałek, 23 listopada 2009

O TYM, ŻE NIE PAMIĘTA WÓŁ...I O ZMIENNOKSZTAŁTNYCH:)

Ani ja ani Wojtek nie piszemy tu o naszej pracy, no ale w związku z tym że ostatnie trzy tygodnie przeleżałam plackiem chora w domu i zdążyłam się za pracą stęsknić, to będzie wyjątek:

Siedzę na zajęciach, dookoła wlepione we mnie „dziecięce” oczęta. Tłumaczę na kiedy, co i jak mają zrobić.

- Bla, bla, bla...ple,ple,ple… a te rysunki proszę oddać w formacie 50x30 cm. –większość kiwa głowami, lecz cześć „dziecięcych” oczu nadal patrzy w sposób niepozostawiający wątpliwości… nie wszystko jest dla nich jasne…

- Proszę pani… - wyrywa się blond włosa istotka – a 30 na 50 cm czyli prostokąt?- oniemiałam, zdusiłam śmiech, w końcu jest tam gdzieś we mnie Profesjonalny Pedagog podobno też trochę, nie? Fachowo trzeba się zachowywać! Śmiać się nie wolno! Nie ma głupich pytań ponoć!

-Tak, 50x30 to prostokąt proszę pani. –odparłam uprzejmie. Większość główek pokiwało ze zrozumieniem, a Mały Profesjonalny Pedagog, który podczas zajęć siedzi mi na ramieniu i podpowiada jak mam zachowywać się wobec „dzieci” aż zaklaskał z uciechy... Wtem pacholę jedno otwiera swych ust korale:

- Aaa proszę pani….. prostokąt w jakim sensie? – Zatkało mnie zupełnie. Spojrzałam we wlepione we mnie błękitne, zupełnie poważne oczęta.

- W różowym, proszę pana. NO NORMALNIE W RÓZOWYM! Albo nie! Może w zielonym?! Niech będzie w zielonym proszę pana! Tak, w zielonym sensie!– nie wytrzymałam. (Szlag trafił Profesjonalnego Pedagoga, który zeskoczył mi szybko z ramienia, powiedział, że w takim razie, to on dziękuje, a potem splunął, zaklął i poszedł się upić.)

-Achaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa… - usłyszałam - ku memu bezbrzeżnemu zdziwieniu - pełen zrozumienia cichy pomruk… Przytaknęli wszyscy zgodnie i zanotowali coś w zeszycikach. Zgłupiałam zupełnie. Do tej pory zastanawiam się, CO oni sobie tam zrozumieli...



A poza tym to u nas nic. Ja zdecydowanie nadal jestem ZMIENNOKSZTAŁTNA. Moja zmiennokształtność przejawia się głównie w okolicy bioder i oczywiście na plus. Podejrzewam, że duże ilości jabłek w cieście mają z tym coś wspólnego… (Nie, ciociu, nadal nie nauczyłam się gotować. Tak, wiem, że jestem po ślubie i by wypadało, ale nadal nie umiem i nie mam czasu. Tak, dalej umiem zrobić tylko jabłka w cieście i to tylko dlatego, że mam je zapisane w genotypie, w linii prostej po babci tak samo jak to, że potrafię umalować sobie rzęsy obydwoma rękami. Tak, pisać też potrafię obydwoma.) Ale wracając do zmiennokształtności… Niby nie ma w tym nic złego, bo wszystkie fantastyczne książki mówią, że Zmiennokształtni, to istoty wyjątkowe i rzadko spotykane. Czyli że co? Czyli że chroniona! Czyli że dostaniemy na mnie dotacje unijne! Jeśli byłby wymóg, że gatunek musi być zagrożony, to na dobrą sprawę, też mogę poczuć się zagrożona! Zawsze! Na zawołanie! Rozmnażam się jak widać też raczej słabawo, a jeśli posiedzę tak ze dwie noce nad doktoratem zamiast spać, to naprawdę WYGLĄDAM JAK BYM BYŁA NA WYMARCIU! Czyli spełniam chyba wszystkie warunki! Nie?Unio?Halo!?No nie!?

poniedziałek, 2 listopada 2009

CLIO I CEKIN


No i mąż się wziął i zamieścił.
Zdjęcia z Clio można znaleść tutaj (klik na zdjęcie):









A Cekina tutaj:














Więcej zdjęć w naszej galerii: http://picasaweb.google.pl/agaiwojtek

wtorek, 20 października 2009

O TYM CO BĘDZIE,JEŚLI KOLEGA MAŁŻONEK SIĘ WEŹMIE:)

A żeby nie było że utonęliśmy w jesiennym błocie, to powiem tylko, że w przygotowaniu Wojtka fotorelacja z zabaw z szanownym rodzeństwem: czyli Clio i Cekinem:)

poniedziałek, 28 września 2009

O OKNIE NA ŚWIAT...

Wojtek w dbałości o moje zdrowie wyrzucił mi z „pseudopracowni” (co to sobie w niej trzymam komputer i książeczki) okno. Nie, nie żebym jakoś szczególnie dopominała się o to…. ale dobry maż rozumie potrzeby żony!

Trochę się mu nie dziwię że okno wyrzucił, bo miało ono jako żywo pewien feler (w postaci dziury wielkości pięści przez którą robactwo oraz drobne zwierzęta wpełzały w co chłodniejsze dni do domu, tuląc się z lubością do ciepłej obudowy komputera i łasząc do moich stóp). Mąż najpierw okno wyrzucił, a potem zamurował to co po nim zostało bo „będziesz miała cieplej kochanie i się nie rozchorujesz” . No i mam cieplej. I ciemniej. Ciemniej o jakieś 100%. ..bo „pseudopracownia” była wyposażona w jedno tylko okno.

Kolega był na stypendium w Finlandii i opowiadał, że tamtejsze kobiety siedząc np. w kuchni nagle zaczynają płakać. Bez powodu. Wszystkie. Zbiorowo. Równocześnie. Zapytane o przyczynę odpowiadają „...bo tak jakoś nam się smutno zrobiło nagle i niespodziewanie, nie wiemy dlaczego...”. Podobno amerykańscy naukowcy udowodnili (bo amerykańscy naukowcy udowadniają już wszędzie i wszystko), że to podobno od braku naturalnego swiatła. No nie wiem. Jeśli nagle poczuję wszechogarniający bezsens i już niczego nie będzie mi się chciało, to proszę mi na powrót wybić dziurę w ścianie. Już wolę zimno i drobne zwierzęta.

sobota, 26 września 2009

O CZOSNKU NA WAMPIRY…

O wampirach będzie następnym razem, dzisiaj tylko o tym, jaki fajny można sobie wyhodować na wampiry czosnek! U mnie już w postaci zgrabnego warkoczyka wisi w kuchni, a taki był śliczny,zielony w czerwcu:





wtorek, 22 września 2009

O JESIENI...

Powoli robi nam się jesień. Trochę już zziębnięty, pachnący gruszkami poranny sad… pastwiskowe zielone dolinki, ozłocone promykami porannego słonka pagórki w butach z mlecznobiałej mgły... a w tej mgle tętent kopyt… To rankiem gdy z kubkiem pachnącej kawy jedziemy do pracy, a później?

Wracamy do domu, witają nas konie galopujące gdzieś za babim latem ze złotym, popołudniowym słońcem w grzywie…

A o zmroku zaczynają fruwać gacki i słychać jeszcze świerszcze… „Konie! Chodźcie! Kolacja!” wołamy. Znów równy rytm kopyt, radosny galop i parskanie. Wieczorny zapach winogron przy stajni, bo nasza mała stajenka cała utopiona w żółtozielonych winogronowych kiściach… Później pieczone ziemniaki, psy grzejące się przy ognisku i wilczakowe złote od ognia oczy, a w nich jesienne , diabelskie płomyki… snujący się po łące dym z owocowego drzewa… koty mruczące z zadowolenia, bo cegły wędzarni takie ciepłe… Wędzarnia jak najbardziej w użyciu - czas najwyższy przygotować wigilijny susz na kompot… Taka jest nasza jesień. Czekamy jeszcze na kolorowe pola chryzantem dookoła i bażanty, które na zimę pewnie znów sprowadzą się do naszego sadu… ale to dopiero za kilka miesięcy. A dziś? A dziś suszymy zioła np. o tak:

czwartek, 10 września 2009

5.30...


sobota, 29 sierpnia 2009

O WYPADKU...

Jest chwila by napisać… tyle wakacyjnych relacji kluje się w głowie, tyle zdjęć, tyle fajnych historii… które będą musiały poczekać, bo dobry nastrój odpłynął… Fiala ma złamaną kość w nodze. Wypadek. Ot, „na prostej drodze”. Nikt się nie spodziewał. Poprostu.
W tej chwili Milenka z Wojtkiem i Błażejem wiozą ją na operację do Wrocławia…
Trzymajcie mocno kciuki…